Siedzę i płaczę i myślę nad rzeczami, które lubię robić i które sprawiają mi przyjemność. Nad rzeczami, które lubię robić sama dla siebie i sama ze sobą.
Płaczę, bo tęsknię, płaczę, bo czuję smutek, jakby coś się skończyło i nawet jeśli ma być to płacz za końcem wakacji, to niech i tak będzie.
Myślę, że lubię
- chodzić do biblioteki i szukać książek na półkach, nie wiedząc co bym chciała i czytać kawałki przypadkowe, smakując je na powierzchni mózgu i zastanawiając się, czy mam na to własnie ochotę
- smażyć sobie grzanki i jeść je z owocami, mascarpone, nutellą, dżemem
- leżeć w wolne popołudnie i czytać książkę pod kocem, popijając smaczną herbatę
- drzemać w ciągu dnia i przeciągać moment wybudzenia się, kiedy unoszę się na powierzchni snu, jedną nogą już w rzeczywistości, nie czując ciężaru ciała ale czując przyciągającą je na ziemię siłę
- fotografować jedzenie, które zrobię, obrabiać je potem i patrzeć sobie na gotowe zdjęcia
- brać kąpiel w wannie, najlepiej w lawendzie albo pomarańczy. z książką.
- myśleć, co będę sobie z Tobą robić, wyobrażać sobie, jak mnie dotykasz, jak na mnie patrzysz, jak się uśmiechasz i jak smakujesz pod palcami
- sprzątać w łazience. szorować wannę z osadu, wydobywając jej biel spod kąpielowego szlamu, rozsiewać zapach środków czystości wokół, przecierać lustro, żeby pozbawić je zaschniętych kropli wody, pryskać, psikać, polewać, szorować, zmywać, wycierać.
- zmieniać pościel i spać pierwszą noc w świeżej, sztywnej od proszków i płynów i pachnącej, nie skotłowanej snem.
Lubię ten czas ze sobą samą.
Lubię też czas z Tobą. I bardzo mi go brakuje. Może za tym właśnie płaczę też dziś? z tęsknoty za niespełniającym się marzeniem?
Jesteś moim najlepszym przyjacielem. Stałeś się moim Najlepszym Przyjacielem. Opowiadam Ci o wszystkim, czekam, żeby móc się z Tobą podzielić tym, co się przytrafia.
Brakuje mi tylko Twoich ramion, które by mnie objęły, brakuje tylko oddechu na szyi, który bym poczuła, gdybym się przytulała do Ciebie. Brakuje tylko palców, z którymi swoje bym splotła, dłoni, za które bym chwyciła, kolan, na których położyłabym głowę i pleców, w które bym się wtuliła.
Jesteś, ale wciąż tam. Wciąż daleko. Wciąż nie tak, jak tego potrzebuję. A tak niewiele potrzeba.
Tęsknię. I siedzę tu sama, swoją dłoń ze swoją drugą splatam, swoimi ramionami samą siebie obejmuję, swój oddech czuję na ramieniu, swoimi plecami opieram się o ścianę.
Tak długo już czekam. Zaczynam być zmęczona. Kładę się na łóżku, otulam kocem i rękoma obejmuję samą siebie, zamykam oczy i proszę, żeby to już nie trwało długo.
Czuję się, jakby ktoś uderzył mnie w głowę i jakbym się przewróciła. I nie mam siły wstać ani nie wiem jak się podnieść. Muszę pozbierać części mnie do kupy, poskładać trochę od nowa.
Boję się zadać pytania, bo boję się odpowiedzi. Chciałabym zrozumieć. A na razie nic z tego mi do siebie nie pasuje.
Nie chcę Ciebie stracić. Trzymam tak mocno kciuki że aż kostki zbielały, trzymam tak mocno kciuki za Ciebie i za nas. Żeby się udało uporządkować, ułożyć, odkryć i poukładać na odpowiednich półkach.
Każdy z nas ma swoją szafę.
Miejmy wspólną już. Wtedy razem będziemy robić w niej porządki.
To ile piszę mam wrażenie zależy też od tego, co czytam. Irving nie nastraja do pisania ale pobudza apetyt na czytanie. Pat Conroy zaś rozbudza i jedno i drugie.
Teraz leżę na legowisku, ograniczając ruchy do minimum, kończę Irvinga i smutno mi trochę.
Smutno nie dlatego, że kończę Irvinga, ale dlatego, że drugie wakacje bez Ciebie. Dlatego, że nie rozumiem czemu nie mogę przyjechać, dlatego, że mam poczucie czasu, który pędzi. Im bardziej jestem w domu tym bardziej czuję, jak nieznośnie ucieka, dzień za dniem, rach ciach bum i tydzień czmychnął gdzieś, w ogóle nie wiedzieć kiedy.
Smutno mi bo się boję, że te wakacje znów miną w tym napięciu czekaniowym.
Upalnie. Czuję mokry kark i wilgotne włosy na karku. Pot pod kolanami i w zgięciach łokci. Między piersiami. Spływa. Nie chcę jeść. Chcę tylko sączyć wodę, podjadać czereśnie, skubać pistacje i pojedynczo, jak nitki makaronu, wciągać fasolkę.
Skoro projekcje mogą być pomocne, to ja sobie poprojektuję dziś, a być może się spełni.
I to będą projekcje pozytywne.
Siedzę sobie w domu, ciepło bardzo, słońce ostatecznie zdecydowało się pokazać na popołudnie, pralka wyżyma i moczy, poprzednie pranie schnie błyskawicznie, wysprzątane kąty nie straszą kurzem, pachnie kalarepkowymi placuszkami, które dopiero skończyłam smażyć.
Tak jest teraz.
Przychodzisz i całujesz moje nagie ramię, bo tak ciepło, że koszulkę na ramiączka mam. Całujesz i drapiesz trochę brodą, że aż mam gęsią skórkę. Całuję Twój nos ukochany i dotykam dłonią policzka.
Kładziemy się na łóżku, odpocząć od upału i sprzątania. Herbata stygnie na stoliku, proszę, żebyś ją podał, bo nie chce mi się ruszyć. Podajesz mi ostrożnie kubek i pijemy razem, ciepłą jeszcze. Zamykam oczy i dłonią gładzę Twoje ramię, też bez ubrania. Tak ciepło. Leniwie. Spokojnie. Czuję, że zaczynam zasypiać.
Letnia sobota z Tobą. Tak chcę, żeby było. A skoro tak chcę i tak sobie to wyobrażam, to wyobrażaj to sobie ze mną a zwiększymy szanse na to, że tak się stanie.
Przeczytałam tę książkę, o której Tobie opowiadałam - Pani Wellman i Pani Młynarskiej. I wiesz co - mam pierdyliard przemyśleń. Ale głównie to sobie myślę, że czasem zapominam o czasie dla siebie Że nawet, jeśli jest dla mnie tylko, to jednak gdzieś nie jest, bo w głowie tysiąc innych myśli.
Te wakacje dobrze mi zrobiły, bo siłą rzeczy sporo czasu samodzielnie i to dobrze. Dobrze było poleżeć na trawie z książką, popatrzeć na ludzi, na chmury, na morze. Dobrze było powoli, spacerem iść, na kawkę zajrzeć, wygrzać się w cieple.
Ale wracając do książki - pokazała mi, przypomniała właściwie, że małe rzeczy wkoło mnie, na co dzień, mogą być pomocne i przyjemne.
Ta nieprzespana noc dzisiejsza, to wybudzenie się, ten stres od tygodnia większy, ten płacz częstszy, to napięcie, oczekiwanie, niepewność i nieznane. To wszystko daje się we znaki. A tak prosto mogę sobie pomóc.
Nie, nie zniknie kłopot, nie przestanę czekać, nie przestanę się obawiać i płakać. Ale dam sobie czas na to i dam sobie czas na kąpiel w wannie, na poczytanie książki w nocy, na wysmarowanie się pachnącym balsamem nie w przelocie, po kąpieli, jako jedna z tysiąca czynności, ale dam sobie czas na to, żeby powoli, spokojnie, pieszcząc samą siebie, wąchając przyjemny zapach, bez pośpiechu i ciśnienia.
Zjem dobry obiad, który sobie powoli zrobię, i będę się cieszyć z tego, że sobie warzywa na obiad na bazarku wybiorę, nie śpiesząc się, ale skupiając na tu i teraz.
Pomaluję paznokcie, bo lubię mieć je pomalowane, chociaż nie lubię samego malowania, ale sobie przyjemność na potem zrobię.
Gdzieś w tym wszystkim zapominam czasem o sobie i o tym, jak prosto można sobie samej zrobić dobrze. A jak nie dobrze, to lepiej. Zapominam czasem, że czas ze sobą też jest super, i nie muszę mieć wyrzutów sumienia, że nie chcę się spotkać z kimś. Spotykam się ze sobą samą, to jest dla mnie super ważne. Najważniejsze nawet, bo jestem ze sobą na co dzień, więc muszę dbać o siebie.
To nie znaczy, że kocham Cię mniej, to nie znaczy, że jesteś mniej ważny. Nic podobnego.
Ale ja też jestem ważna i w tym wszystkim, w cały tym chorobowym zamieszaniu, muszę też pamiętać o sobie.
Kilka dni spokojnych, kilka wieczorów z Tobą, jedna dobra rozmowa, przełamanie dystansu, odległości. Dużo czułości, dużo uwagi, dużo słuchania.
Mimo braku głosu, mimo bólu w podbrzuszu i strachu.
Znów pożądanie wychyla się zza poduszki, zerka ostrożnie, uważnie, czujnie.
Znów czułości naręcza wręczane sobie wzajemnie, wraz z najsłodszymi słowami.
Zmienna pogoda, czasem słońce, czasem deszcz, dużo działań, prób, śpiewania, grania, biegania, pokazów, dzieci, rodziców, gości, rozmów, wizyt.
W biegu i pędzie, przysiadłam na chwilę, lecząc gardło wtulam się w Twoje ramię, w zagłębienie łokcia nos wpycham i delektuję się chwilą oddechu i spokoju.
I chociaż milcząco, to w gestach jesteśmy bardzo rozmowni.
Zajadając truskawki, słucham nowych dźwięków i kocham Cię tym mocniej im słodsze owoce :)
Czekam wciąż na odpowiedź. Czekając patrzę na życia innych. Ktoś ma dziecko, ktoś pojechał z chłopakiem/mężem/narzeczonym nad morze. Ktoś kupuje dywan do wspólnego mieszkania a ktoś inny ogłasza, że wybiera się ze swoim partnerem do nowo otwartej knajpy.
Chcę tak z Tobą. Chcę wiedzieć od razu, kiedy pomyślę. Nie chcę być wstrzymywana do ostatniej chwili. Chcę wiedzieć, że mogę zaplanować. Nie chcę planować sama, zakładając, że jak się uda to do mnie dołączysz, a jak nie, to pojadę sama. Chciałabym razem.
Chciałabym robić zdjęcia na plaży, chciałabym robić nam zdjęcia na plaży, z naszymi dłońmi w tle, w kapeluszu czy bez, w chustce, czapce, bez nakrycia głowy, w szaliku i bluzie z kapturem. Niech nawet wtedy pada deszcz, niech wieje wiatr, niech musimy się kryć w obskurnym barze na lurowatą herbatę. Niech i tak. Ale żeby razem.
"Idealny nie znaczy szczęśliwy. Ideał ma rozmaite oblicza."
Część mnie mówi mi: spokojnie, już tak było, wszystko może się wydarzyć, pogorszenie, milczenie, płacz, rozczarowanie.
Część mnie mówi mi: trzymaj kciuki, rób, działaj, za dwa dni, niebawem, poczuć, przytulić, dotknąć, tym razem naprawdę a nie wirtualnie.
Część mnie się cieszy, część mnie kuli z lęku przed rozczarowaniem. Ale oddycham głębiej, poczułam ulgę, jeszcze się nie żegnamy, to moja głowa stworzyła obrazy, których się bałam, przez które płakałam, to w mojej głowie czarny scenariusz powstał, niepotrzebnie.
Słońce wpada przez okno, wiatr rozwiewa zasłonę, ciepłe popołudnie, ciche jeszcze, dopóki dźwięki procesji nie przetną letniego powietrza ostrą nutą płaczliwego śpiewu. Szumią drzewa. Tyle ich i takie duże - nagle zauważam - Kiedy tak urosły? niczym dzieci znajomych dawno nie widziane.
Szumią, słońce grzeje, upiorna żaba z bagien ucichła, oddając się może popołudniowej sjeście, zmęczona całonocnym czuwaniem.
Kładę się na legowisku, przymykam oczy, rażone promieniami delikatnego słońca. Kładę dłoń na swojej i wyobrażam sobie Ciebie obok. Oby już niedługo. Tak bardzo tego chcę.
wtorek, 28 maja 2013
Potok słów, wzbiera we mnie, nie znajduje ujścia. W Tobie. Niszczy, bulgocze, przełamuje, zatapia, brak oddechu, upadam i otwierając szeroko oczy patrzę. Niemo. Uchylam usta, ale tylko łzy płyną. Nie mogę znaleźć słów, zbytu dużo się ich nagromadziło, zbyt wiele na raz chciałoby wypłynąć.
Przygotowuję kolację. Jeden talerz. Jeden nóż. Jeden kubek z herbatą. Jedno jajko.
W milczeniu smaruję powoli chleb, kroję pomidora, obieram jajko, wyrzucam skorupki, pedantycznie zmiatam okruszki. Siadam na stołku. Zjadam kanapki. Powoli gryzę. W milczeniu. W podskórnym oczekiwaniu na Ciebie.
Wieczorne godziny rozciągają się do nieskończoności, każda sekunda trwa tyle, co minuta rano. Leżę na łóżku, płaczę, ocieram łzy rękawem szlafroka, obiecuję sobie, że jutro będzie lepiej, że nie będę się martwić, że się nic nie dzieje, że nie dam dostępu podstępnym myślom. Oby tylko dotrwać do pory snu, oby zasnąć i przespać całą noc, nie budząc się co godzinę sprawdzając czy napisałeś.
W końcu piszesz. Ulga, Więcej łez. Wymiana kilku pośpiesznych zdań. Tulę mocno. Oddycham pełniej i spokojniej. Przebieram się w pidżamę i wczołguję pod kołdrę. Opatulam się sama, zakopuję, gaszę światło. Trzeba wykorzystać ten moment spokoju na zaśnięcie.
Ranek. Pada deszcz, czuję zimno poza łóżkiem. Odpowiadasz na poranne powitanie. Spokojniej więc, wystarczy tego spokoju na kilka godzin, potem zajmę się pracą, będzie łatwiej. Dopóki nie nadejdzie wieczór. Ale obiecałam sobie się nie martwić. Obiecałam, że następny wieczór będzie inny. Spokojniejszy.
Wybicie z rytmu naszych rozmów, spotkań, opowiadań. Urywkowa wymiana prostych zdań. Niedopowiedzenia. Lakoniczność. Oczekiwanie. Zmiana. Zmiana między nami prowokuje niepokój do przyjścia.
Chcę już wrócić do naszego rytmu. Nie chcę przyzwyczajać się do nowego. Nie podoba mi się.
Potrzebuję Cię ciągle i w nieograniczonych ilościach.
Wyłączony telefon. Brak namacalnego dowodu istnienia. Tylko kilka zdjęć. Kilka listów.
Pojawia się lęk. O Ciebie. O nas. Jest go więcej ostatnio. Boję się, że znikniesz. Że nie będziesz miał siły. Że będę jeszcze bardziej bezsilna niż teraz.
Dziś skupienie na małych rzeczach. Jak zbliżenia filmowe. Gest zauważony w metrze. Cudze nosy, w porównaniu z Twoim wszystkie przegrywają. Krople na szybie. Płacząca ściana w łazience.
Odhaczone dzisiejsze aktywności i wieczorne oczekiwanie Ciebie. Bardziej teraz jesteś mi potrzebny. Słyszeć Cię, dostawać odpowiedź - to mnie uspokaja.
Czekam. Pod kocem. Z herbatą. Książki na wyciągnięcie ręki. Krople na szybie. Płacząca ja.
Nie potrafię sobie znaleźć miejsca bez Ciebie. Nie chcę znajdować sobie miejsca bez Ciebie.
Już przyjdź. Już przytul i powiedz, że wszystko będzie dobrze.
"and everyday is just the last time that I see you and darling, I need a place to stay does your pocket have any space?"
Moja matka zapija swoją pamięć. Zabija też zapachy w domu. Krążę pomiędzy pokojem, kuchnią a łazienką. Wieszam pachnące proszkiem i płynem pranie. Rozpylam odświeżacz powietrza, szoruję wannę i podłogę wonnym produktem, który i odkaża i pochłania nieprzyjemną woń.
W kuchni gotuję. Wonna para unosi się znad garnka, słoik z konfiturą, przyprawy, płyn do mycia naczyń i proszek do szorowania kuchenki, przypalonych plam, rozlanych produktów.
W przedpokoju na ścianie wynalazek ostatnich lat - magiczny rozpylacz zapachu, uwalniającego się za prostym dotykiem. A także wonne patyczki umieszczone w gustownym, szklanym flakoniku, napełnionym maksymalnie chemicznych roztworem cieczy, która pachnie niczym bez. A bez kwitnie na dworze. Szkoda, że nie pod oknem. Lubię zapach bzu.
W pokoju uchylone okno. Szczelnie zamknięte drzwi. Chronię go przed nieprzyjemnymi woniami. Przed chwilą starty kurz z szafek, zapach sprayu do czyszczenia drewna.
Niedzielna zabawa z zapachami. To taki prezent na dzień matki. Dla mnie samej. Moja matka obdarowuje mnie zapachami - moczu, brudu, zaniedbania, śmierci, odchodzenia.
Ja podaruję sobie, z okazji jej święta, dom miliona zapachów, silniejszych od tych, które ona daruje mi.
Rozumiem Twoją niemoc zapachową. Sama co dzień występuję do wonnej walki.
Gdy w pierwszym nie możemy czegoś zrobić, łatwiej powiedzieć sobie, że to nic, że za rok się uda, że w następne lato, w następne święta... Ale gdy przychodzi to następne lato, gdy pojawiają się następne święta a sytuacja się nie zmienia to trudno jest.
Trudno radzić sobie jednocześnie z chorowaniem i rozczarowaniem. Rozczarowaniem z powodu niespełnionego marzenia, obietnicy..
W drugim roku trudniej o entuzjazm. W drugim roku częściej jest Ciebie mniej. Dopada zmęczenie, swoją wielką, futrzaną łapę kładzie na Tobie, swój wielki futrzany cień rzuca na mnie. Zmęczenie brakiem wieści, zmęczenie nadmiarem wieści, zmęczenie porankami, które nie przynoszą poprawy, zmęczenie wieczorami które przynoszą cięższy oddech, zmęczenie dniami wypełnionymi milczeniem. Zmęczenie bólem, bezsilnością, niemożnością porozumienia, tęsknotą, smutkiem, płaczem, ograniczeniem możliwości działania. Zmęczeni czasem. Siedzimy na przeciwko siebie milcząc, wypatrując swoich oczy w ciemności, próbując wyczuć swoje dłonie pod przykryciem z kołder, próbując usłyszeć oddech na poduszce. Boję się. Boję się, że znikasz. Powoli, krok po kroku. Niby delikatnie ale zauważalnie. I wyczuwalnie. Tęsknię więcej, częściej płaczę, bardziej czuję się sama. Chociaż nie jestem. Bo jesteś. I bądź. Proszę.
"Don't bring me down now Let me stay here for awhile You know life's too short Let me bathe here in your smile I'm transcending The fall from the garden"
Ciepło. Upał. Lato idzie. Drugie lato z Tobą ale bez Ciebie.
Omdlewasz. Raz za razem.
Płaczę. Raz za razem.
Umazane okulary, łzami zmoczone, palcami przetarte, zdejmuję i kładę gdziekolwiek, po omacku szukając chusteczki, żeby wydmuchać nos i wytrzeć rozmazany makijaż.
Trudno walczyć z lękiem teraz. Gdzieś czai się w okolicy, podchodzi, niby nieśmiało, ale tak naprawdę z dużą pewnością siebie, czekając na odpowiedni moment. Jest wciąż w polu widzenia. Nie czuję jeszcze jego dotyku, jego oddechu, ale nawet jak zdejmę okulary to widzę go na horyzoncie.
"No, don't want to be there for no one"
Nie chcę się przyzwyczajać do "bez Ciebie", nie wiem trochę co mam zrobić, jak Cię nie ma. Jesteś porządkującą mnie stałą, jesteś moim punktem odniesienia. Bez Ciebie kręcę się w kółko i wymyślam dziwne czynności. Bez Ciebie śpię więcej, żeby przeczekać ten czas. Bez Ciebie nie wiem trochę, w którą stronę iść. Jak pies, który szuka wygodnej pozycji na legowisku, wciąż kręcę się za własnym ogonem, wypróbowuję pozycje, układy, ale żaden z nich, jak nie ma tam Ciebie nie dość jest wygodny.
I nie rzecz w tym, czy tego chcemy, ale czuję, że jesteśmy póki co pozbawieni takich możliwości nawet.
Nie mamy możliwości wyboru.
Poranek ze smuteczkami.
Leniwe wstawanie, zaciągnięte żaluzje, słońce wschodzi z drugiej strony, długie cienie na zewnątrz.
Potrzebuję Ciebie dziś bardzo. Przytulać się. Coraz mocniej i bardziej potrzebuję Twojego dotyku. Tego realnego a nie wyobrażonego. Coraz trudniej mi bez tego. Mam poczucie czasem, że wyczerpałam już słowa i teraz tylko dotyk mi został. A nie mogę go dzielić z Tobą. Tylko słowa mam. A teraz nawet słów mniej. Ciebie mniej.
Tęsknię.
"...wcześniej nie znała, ani sobie nie wyobrażała wzajemnie wykluczających się uczuć: wrażenia szerokich możliwości i ciągłej obawy przed stratą. "