niedziela, 26 maja 2013

dwie godziny w niedzielę czyli pachnidło

Moja matka zapija swoją pamięć. Zabija też zapachy w domu. Krążę pomiędzy pokojem, kuchnią a łazienką. Wieszam pachnące proszkiem i płynem pranie. Rozpylam odświeżacz powietrza, szoruję wannę i podłogę wonnym produktem, który i odkaża i pochłania nieprzyjemną woń. 

W kuchni gotuję. Wonna para unosi się znad garnka, słoik z konfiturą, przyprawy, płyn do mycia naczyń i proszek do szorowania kuchenki, przypalonych plam, rozlanych produktów.

W przedpokoju na ścianie wynalazek ostatnich lat - magiczny rozpylacz zapachu, uwalniającego się za prostym dotykiem. A także wonne patyczki umieszczone w gustownym, szklanym flakoniku, napełnionym maksymalnie chemicznych roztworem cieczy, która pachnie niczym bez. A bez kwitnie na dworze. Szkoda, że nie pod oknem. Lubię zapach bzu. 

W pokoju uchylone okno. Szczelnie zamknięte drzwi. Chronię go przed nieprzyjemnymi woniami. Przed chwilą starty kurz z szafek, zapach sprayu do czyszczenia drewna. 

Niedzielna zabawa z zapachami. To taki prezent na dzień matki. Dla mnie samej. Moja matka obdarowuje mnie zapachami - moczu, brudu, zaniedbania, śmierci, odchodzenia. 
Ja podaruję sobie, z okazji jej święta, dom miliona zapachów, silniejszych od tych, które ona daruje mi. 

Rozumiem Twoją niemoc zapachową. Sama co dzień występuję do wonnej walki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz