Dziś wracaliśmy razem z teatru. Przyszedłeś po mnie i biegliśmy szybko do tramwaju. Znów zaczął prószyć śnieg. Czekaliśmy na ławce na przystanku, mniej padało pod daszkiem, siedzieliśmy blisko siebie, objąłeś mnie i dawałeś buziaczki w skroń i policzek. Trzymałam dłoń na Twoim udzie a głowę oparłam na Twoim ramieniu. Zamknęłam oczy i było mi dobrze, mimo zmęczenia, mimo, że padało na okulary, mimo, że późno. Dobrze, bo byłeś obok i wracałeś ze mną.
W tramwaju śmieliśmy się z pani, która rozmawiała przez telefon obwieszczając wszystkim, jaki ma plan na biznes oraz kto kiedy i skąd będzie miał zdejmowany sączek a także ile jej przyjaciółka miała dochodu rocznego.
Trochę biegliśmy przez park. Jasno było, bo wciąż leży śnieg. Trzymałeś mnie mocno za rękę i na chwilę zatrzymałeś i całowaliśmy się na środku chodnika. Dokładnie tak, jak sobie to opowiadaliśmy. Potem poszliśmy szybko dalej, żeby nie przegapić autobusu.
W autobusie siedziałeś koło mnie i trzymałeś mi rękę na kolanie. Tak zwyczajnie.
Z autobusu do domu było już bardzo blisko. Nie śpieszyliśmy się już.
I już w domu jesteśmy. Drzemiesz na łóżku, zasnąłeś oglądając końcówkę filmu. Przykrywam Cię kocem i idę do wanny. Potem Cię ucałuję na dobranoc i położę się obok i tak sobie dziś zaśniemy.
Sennie po źle przespanej nocy, śnieży za oknem i szarość wszędzie.
Wczoraj na spokojniej udało się porozmawiać wieczorem, dziś też mam nadzieję się uda. Uspokajają mnie te rozmowy.
Dziś chciałabym leżeć z Tobą i drzemać i przytulać się i herbatki popijać i bzdury wymyślać i spać. Ale razem. Bardzo razem.
Zbieram się do pracy, skończę jak wrócę, wtedy popiszę więcej może. Po pracy. Nadal sennie plus bardziej zmęczeniowo. Głośno dziś było. Nadal pada. Kiedy patrzę na jakąś parę na mieście, to niezmiennie mam poczucie, że jesteś mój NajAkuratniejszy i najbardziej mi się podobasz i nikt nie podoba mi się tak, jak Ty. Dziś zwijam się w kłębek pod kocem, z głową na Twoich kolanach i poczytuję i podrzemuję i głaszczesz mnie po włosach i zawijasz je na palce. I trochę rozmawiamy a trochę nie, ale jesteś blisko i mogę zawsze dać Tobie buziaka albo sama dostać od Ciebie. I dziś jesteśmy trochę śpiący i powolni i może wylejemy nawet herbatę z kubka, albo rozsypiemy orzeszki. I dziś nie odbieramy telefonów, bo nie mamy ochoty ani siły z nikim rozmawiać. I dziś bardziej milczący jesteśmy ale to nic złego nie oznacza, to tylko taki dzień, że rozmawiamy dotykiem więcej. A kiedy już zjemy kolację, posprzątamy, powolutku dokonamy wieczornej toalety, to położymy się pod kołdrą i zawinięci wzajemnie w siebie uśniemy powoli, sennie śniąc śniegowe sny. Dobranoc Kochanie, śpij spokojnie, jestem obok.
Nie moje. Twoje. Miały być wspólne, ale jak wiele naszych planów trochę się nie udało.
Nie będę też pisać, czego Ci życzę, bo to już wiesz.
Ale na dzisiejszy dzień urodzin chciałabym, żebyś nie był zmęczony, chciałabym, żebyś mógł być koło mnie, przytulony blisko, pod palcami, na wyciągnięcie ręki, tuż obok.
I chciałabym, żebyś dziś, tak będąc koło mnie, nie musiał się martwić o nic ani niczego obawiać, ani o niczym myśleć nieprzyjemnym.
I chciałabym podać Ci herbatę i opatulić kocem i termofor przynieść i gładzić, dotykać, głaskać, tulić, obejmować i być tu i teraz namacalnie.
Zaczął się dzisiejszy dzień od trudnej rozmowy o umieraniu. Czy można się przygotować na cudze umieranie, czy nie. I wiesz, myślę sobie, że to pewnie kwestia bardzo indywidualna i pewnie zależy od wielu czynników.
Ja nie czuję się przygotowana nijak na Twoją śmierć. Wiem tylko, że jeśli to się stanie to będzie mi bardzo bardzo źle. I wiem też, że przez pewien czas będę zjebana i będę potrzebowała czasu, żeby się ogarnąć, poskładać i od nowa pójść do przodu.
Poza tym, gdy masz nadzieję, że wszystko dobrze się skończy, to nie przygotowujesz się na czyjeś odejście. Teoretycznie wiesz, że może ono nastąpić ale nie tracisz energii i czasu na myślenie o tym, ale skupiasz się na tym, żeby wszystko było dobrze.
I nigdy nie dość mi będzie "żegnania się" z Tobą, zawsze będę chciała powiedzieć jeszcze chociaż raz, że kocham, albo coś opowiedzieć, jeszcze tę jedną, ostatnią rzecz. Albo będę chciała powiedzieć, jak jesteś ważny, albo jak tęsknię, albo przytulić, za rękę potrzymać, kochać się - wszystko ten jeszcze jeden raz.
Nie dość mam Ciebie i wciąż za mało.
Ale może na tym polega różnica z miłością i przyjaźnią? Nie wiem. Wiem tylko, że dzisiejsza poranna rozmowa wprowadziła trochę smutku.
I niedziałający komp...
Ale udało Ci się zadzwonić i całkiem długo pogadaliśmy. Tak dobrze Cię słyszeć.
A teraz jedziesz z powrotem do K. A ja kupiłam czekoladę i jem sobie i piszę do Ciebie.
Dwa dni bez pisania, ale więcej rozmawialiśmy między sobą, więc łatwiej. A od dziś Ty przy kompie już, więc w ogóle spokojniej.
Walentynki zaatakowały mnie stoiskami z kwiatami, lizakami, futrzanymi serduszkami, kartkami, czekoladkami, bombonierkami natrętnie porozstawianymi na ulicach, przy wejściach, wyjściach, przejściach, obejściach, wszędzie - byle tylko wziąć udział w serduszkowej tradycji.
Idąc do pracy zobaczyłam parę, odebrał ją z dworca pobliskiego chyba, no w każdym razie walizka na kółkach a la bagaż podręczny i niedaleka obecność autobusów dalekobieżnych pozwalały wysnuć wniosek, że skądś ona wraca. On ciągnął jej walizkę, drugą ręką obejmując ją w pasie. Ona w butkach typu kopytka, walcząc ze śliską miejscami nawierzchnią (resztki śniegu, jakaś breja, rozmarznięta kałuża i tego typu atrakcje lutowe) pozwalała się obejmować, w jednej dłoni dzierżąc bukiet czerwonych róż (więcej niestety ozdóbek w tym bukiecie niż samych róż, ale to szczegół taki, bukiet był w każdym razie) a w drugiej dłoni lizaka w kształcie serca.
Swoją drogą po co te lizaki Kochanie? Zwykle są niesmaczne, za duże i po chwili osobie liżącej robi się niedobrze od niego. No, ale, do rzeczy.
Szła więc ta parka sobie. Ona, walcząc ze śliską powierzchnią z poniekąd zajętymi rękoma, więc w razie upadku nijak się ratować - no, chyba że bukiet albo lizaka wyjebać. On - ciągnąc niewygodną walizkę, podtrzymujący Kopytkową Dziewczynę, dumny, że spełnił obowiązek i nie będzie mogła się czepiać, że serduszka nie kupił, a Stefcia to dostała od tego swojego. I wszyscy są szczęśliwi. To nic, że na co dzień się nie zgadzają, to nic, że ona nie lubi czerwonych róż i w ogóle to marzyła o pójściu do kina i kolacji we dwoje a nie lizaku i kwiatach, to nic, że gdy przyjdą do domu on odgrzeje danie z mikrofalówki a potem siądą przed telewizorem i niespecjalnie będą rozmawiać - no, może potrzymają się za ręce, ale w sumie to on będzie chciał obejrzeć program a ona sprawdzić ile ma lajków na fejsie za swój status o chłopaku co z różami i lizakiem na nią czekał.
I wiesz co, może nie jesteśmy parą idealną i wielu rzeczy nie możemy zrobić, ale wolę Ciebie i to, co mamy, niż faceta, który od czasu do czasu będzie pamiętał, że mnie kocha i wtedy nabędzie masowy bukiet i masowego lizaka.
I dziękuję Ci Kochanie, że codziennie mi przypominasz, że jesteś i że nie pozwalasz zapomnieć, że kochasz. Nawet jak jest trudniej, to i tak jesteś.
Więc jak co dzień, tak samo mocno - kocham Cię Maleńki.
Dziś zjadłam całą czekoladę. Nie zdarza mi się zwykle coś takiego, ale już chodziła za mną od kilku dni. Próbowałam ją odpędzić cukierkami co dzieci mi w szkole dawały i owsianymi ciasteczkami ale się nie dała. Więc dziś zeżarłam całą. I przyznam, że jeszcze jedną bym wciągnęła.
Tęsknię.
Dziwne te wieczory, że tak mniej Ciebie i nie rozmawiamy tyle i ciszej i tu i teraz a nie tam z Tobą.
"You were young and I was sad
I just wanted to be by your side
Everyday, everynight, no more shall we part"
I wiesz dziwnie jest teraz. Jakby przedwiośnie już nadchodziło. Sennie, trudno się skupić i wszystko jest takie nie takie jak powinno być. I zmęczona bardziej, choć nie ma powodu tak naprawdę. I śpię gorzej a dzień cały bym spędziła pod kocem podrzemując. Coś jak przedwiośnie.
Trudno czasem. Już nie raz o tym pisałam pewnie. No ale czasem trudno. Ale już lepiej. Wczoraj było płaczliwie, o czym wiesz, ale dziś się układa, uspokaja, mniej histerycznie, bardziej racjonalnie, z innej perspektywy.
Mówisz, że zapomniałam jak reagujesz na histerię. Trochę pewnie tak. A trochę chyba nie o Tobie myślałam, ale o sobie. Bo chcę pamiętać, że ja też jestem jakoś w tej całej sytuacji i rzecz nie w tym, żeby wszystko komuś innemu poświęcić, ale siebie jakoś też w tym odnaleźć i o siebie też zadbać i na sobie się skupić. Bez tego nie pójdę dalej. Bez tego nie uda mi się Ciebie odnaleźć, i o Ciebie zadbać, i na Tobie też skupić.
Ale dziś już spokojniej. Czasem takie dni pewnie będą - trudno. Nie boję się ich. To nic. Bo wiem, że damy radę. Tylko razem Kochanie, proszę.
Dziś poszłam na drobne zakupy i skończyłam w niedrobnej kolejce. Nagle wszyscy oszaleli i przynajmniej jak przed świętami, wypełniali koszyki po brzegi, do wędliny kolejka na pół sklepu, przy warzywach też trzeba było czekać aż pani zważy a czekając do kasy żałowałam, że jednak nie wzięłam książki. Nie potrzebowałam wędlin i warzyw tylko zapłacić chciałam, ale przyznam, że nawet gdybym potrzebowała to bym zrezygnowała i wybrała coś innego na obiad. Więc wyprawa po sok, chleb, ciasteczka owsiane i orzeszki zajęła więcej czasu. Ale miałam go dziś nadto. Ostatnie minuty wolnych dni wyciskam jak najbardziej się da i lenię się do granic wytrzymałości.
Chcę nad morze z Tobą.
Lubię, kiedy dzwonisz, lubię Cię słyszeć ale też i smutna jestem. Już nie dość mi tylko słyszeć. I nie lubię kończyć tego rozmawiania. Skoro to wszystko co mamy, to nie chcę kończyć słyszenia Ciebie.
Trudne jest chyba to, że tak dużo różnych i sprzecznych uczuć w niewielkich odstępach czasu się zadziewa. Trochę to jest jak kolejka górska (nie jechałam i na samą myśl, że miałabym poddać się takiej wątpliwej jak dla mnie atrakcji robi mi się trochę niedobrze). Na górze, zakręt, spadek na dół, gwałtownie w górę, szybko w bok, góra, dół, bok, skręt, przyśpieszenie, zwolnienie i tak wciąż i od nowa. To chyba jest to, co męczy najbardziej.
Liczę dziś na wieczór razem trochę. To ważne, żeby razem pobyć na ile się da.
Coraz spokojniej jest. Wczoraj udało się popisać nieco, nawet zadzwoniłeś wieczorem na chwilę, dziś rano obudziłeś mnie czule i też udało się usłyszeć na moment.
Coraz spokojniej, że powoli, powoli to się przewali, że przejdzie i mam tylko nadzieję, że na miejsce tego co przejdzie nic nowego nie przyjdzie.
... najem się pączków do samych kokardek. Oczywiście nie. Zjem 3 bo tyle kupiłam. Dwa już zjadłam i jeszcze jeden mam na wieczór. Są dziś fajoskie te pączki, bo super świeże i ciepłe jeszcze się kupuje, a te koło mnie nie śmierdzą tłuszczem.
Mam też super smaczną herbatkę - ulubioną, z dodatkiem róży. Zaopatrzyłam się w tygodniki, mam książki koło siebie, czerwony kocyk na legowisku i niech sobie pada śnieg - dziś już nie muszę wychodzić.
Wstawiłam obiad właśnie. Narobiłam dziś mięsnych pączków - super fajne i zrobię Tobie je na pewno.
Dziś znów pytałeś, czy nie Cię nie zostawię. Nie. Nie zostawię.
Pytałeś, czy uda nam się nadrobić. Nadrobić co? Czas? Hm.. nie sądzę. Czasu się nie da nadrobić, ale można sobie opowiedzieć, co się wydarzyło, można coś poustalać na przyszłość, można powiedzieć, przez co się przeszło, co się myślało, co się robiło i co się chciało robić. Nie martw się Miniu, bo będzie dobrze. To jest nowe, co się dzieje, ale przecież z nie jedną nowością mieliśmy do czynienia, więc teraz też sobie poradzimy.
Paciorkowiec i Gronkowiec to jak Capuletti i Montecchi, to dwa nienawidzące się wzajemnie rody groźnych bakterii. To jak rodzina Corleone i Bonasera. Strasznie groźne i walczące o wpływy bandy, które niczym Al Capone podstępnie rozwalały system.
Początek roku pańskiego 2013 nie zapowiadał się najprzyjemniej. Oba rody postanowiły stoczyć ostateczne starcie o wpływy w wielkim P. Mieście. Gronkowce rozstawiły swoje posterunki w okolicach stawów i Układu Kostnego, postanawiając skupić całe siły P. Miasta na obronie tych ważnych punktów. Jednak nie przewidzieli siły Paciorkowców, zręcznie uderzających w okolice Układu Oddechowego i Sercowego, co skutecznie blokowało działania Gronkwców.
Burmistrz P. Miasta - Piter von Hero miał jednak dość panoszących się wszędzie bandytów. Postanowił więc przejść do ataku. Zebrał siły tajnych antyterrorystycznych jednostek pod dowództwem generała Antibiosa oraz nakazał wrócić z urlopu wszystkim jednostkom Patogenów i Antygenów i opracował szalenie sprytny sposób na walkę z tymi jakże paskudnymi zarazami. Otóż postanowił on wykorzystać wzajemną nienawiść obu rodów do siebie a nie ma lepszego czynnika zapalnego niż walka o miłość. Odnalazł więc, dzięki swoim szpiegom niewinną parkę-Brunona Gronkowca i Sonię Paciorkowiec.
Ta pata nastolatków poznawała właśnie uroki odkrywania swojej seksualności gdy szpiedzy Pitera von Hero zaskoczyli ich "in flagranti" kiedy Brunon dobierał się do różowych majteczek Sonii (Sonii bardzo się to podobało, chociaż udawała, że nie, ale to tylko taka gierka z Cosmo była). Szpiedzy wyciągnęli parkę i zaprowadzili przed oblicze samego Pitera von Hero, który w swoim kapeluszu i z naładowanym koltem (bardzo przystojnie w tym kapeluszu wyglądał, trzeba mu to przyznać)nakazał małolatom wyjawić swoje wzajemne zauroczenie, pod groźbą wydania go i tak i tak. Małolaty dość mocno przerażone nie oponowały i tak oto jeszcze tego samego wieczoru rodzina Gronkwców i Paciorkowców rozpoczęła wzajemny atak na siebie, wspierany oddziałami Antibiosa i Patogena, poprzebieranymi za członków któregoś z tych rodów.
A burmistrz Piter von Hero siedział sobie na balkonie z widokiem na rynek i zajadając gotowaną kalarepkę i strzelając co i rusz ze swojego kolta do jakiegoś zagubionego Paciorkowca lub Gronkowca patrzył, jak P. Miasto wraca do swoich poprzednich, zdrowych kształtów. A żona Pitera von Hero, która uknuła tenże zacny plan strzelała z okna sypialni łupinkami z pistacji. A potem wszyscy żyli długo i szczęśliwie.
Tak piszę bo w sumie to nie mam jak inaczej dać ujścia temu, co się dzieje i co czuję. Mogę oczywiście opowiadać o tym przyjaciołom albo sobie pisać samej, ale nie w tym rzecz. Relacja jest odpowiedzialnością dwóch osób i nie da się jeden z nich zastąpić inną, bo też nie o to chodzi.
Jako, że jest to odpowiedzialność dwustronna potrzebuję Ciebie albo Do Ciebie. Inaczej nie ma to za bardzo sensu.
Potrzebuje Ciebie, żeby wiedzieć też co dalej z nami, potrzebuję Ciebie, żeby porozmawiać nie tylko o nas ale w ogóle o tym, co się u Ciebie i u mnie dzieje.
Potrzebuję zapisywać Do Ciebie te wszystkie urywki myśli i myśli w całości, i też te rzeczy, które się zadziewają albo które chciałabym, żeby się zadziewały albo które się zadziały. Potrzebuję dzielić to wszystko co wokół z Tobą. Czasem z sensem czasem bez sensu, ale to wszystko, co jest obok mnie, jest ważne i chcę żebyś o tym wszystkim wiedział.
Te rzeczy z mojej głowy są trochę chaotyczne jak sobie na nie patrzę, są nieuporządkowane, wyglądają na przypadkowe. Trudno. Takie są. Ale są nadal ważne i potrzebuję je Z Siebie do Ciebie. Pytasz czy nie zostawię. Nie, nie zostawię. Nie w tym rzecz. Rzecz w tym, że czuję różne rzeczy, uczucia się zmieniają i dlatego inne moje reakcje są i zmienne zgodnie z uczuciami. Gdy nachodzi złość to nie jestem super czuła, gdy smutek, to przytulam się więcej, gdy lęk, to staram się wyizolować, bo mam wrażenie, że ochroni mnie to przed przykrością.
Gdy ktoś, kogo kochasz choruje, i nic ale to nic nie możesz zrobić, żeby zmienić ten stan rzeczy to walczysz z potworną bezsilnością. Gdy się boję, a czasem w tej chorobie się boję, otóż gdy się boję to zauważyłam, że izoluję się, trochę wchodzę do szafy, ale nie chcę tego lęku na Ciebie przenosić, a jest on czasem zbyt duży, żeby go ukryć przed Tobą, albo żeby go ominąć i iść dalej. A nie chcę, żebyś Ty bał się dodatkowo, sam mówiłeś, że to zaraźliwe, że cudze lęki przechodzą na Ciebie. Łatwiej mi więc wejść z moim lękiem do szafy. Opowiem Tobie o nim, ale to jak już będzie dobrze. Bo i tak wierzę, że będzie dobrze. Chociaż jeden dzień lepszego samoczucia, jeden wieczór przegadany nawet smsami i wraca mi nadzieja, że będzie dobrze, że nie ma czym się zamartwiać, że przecież trzeba czasu, teraz więcej go trzeba bo jesteś już bardzo wymęczony, ale spokojnie, krok po kroku i dojdziemy do miejsca, gdzie będzie dobrze. I nie chcę niczego przekładać na potem. Niczego. Spotkania, rozmowy, opowiedzenia historii, pocałunku, przytulenia, mruczenia i żartu. Niczego nie chcę odkładać na potem.
Po wczorajszych łyżwach spałam doskonale i długo i oczywiście śniły mi się bzdury, ale do tego zaczynam się już przyzwyczajać. Nie rozwaliły mnie emocjonalnie, więc w porządku.
Wczoraj ciekawe rozmowy na temat związków z Es miałyśmy. Wnioski (nie moje) to między innymi, że miłość nie jest potrzebna do szczęśliwego związku - nie wiem, może i nie, pewnie zależy co kto mianem miłości określa. Pojawiły się też rozważania, czy się kocha cały czas czy też czasem się kocha a czasem nie i co ludzie odpowiadają na pytanie: czy kochasz ją/jego?
Na takie to tematy prowadziłyśmy konwersację, jednocześnie uruchamiając dawno zapomniane mięśnie.
Dziś popołudniowa wizyta u G. Najtrudniejsze są chyba wieczory - w dzień jestem zajęta, coś się dzieje, coś można zorganizować, ale wieczorem, kiedy już siedzę sama, z herbatą, wszystko się wycisza, coraz mniej świateł w bloku na przeciwko, coraz ciszej u sąsiadów, coraz mniej tego, co jeszcze zrobić na ten dzień chcę czy muszę, gdy tak wieczornie siedzę, to wtedy właśnie brakuje Ciebie - żeby Tobie poopowiadać, żeby posłuchać, żeby przytulić, żeby pocałować, żeby pobyć razem i zasnąć, otoczoną Tobą.
Otóż dlaczego masz wrócić już: bo kompa mi trzeba przeczyścić, a Ty wiesz co i jak bo okna trzeba by umyć, a wiesz, że mi to nie wychodzi zupełnie bo chce mi się ryśkać z Tobą bo wolę kąpiele gdy siedzisz koło mnie bo dość mam pośrednictwa techniki - chwała jej za to, że jest, ale już wystarczy bo niedługo Twoje urodziny i przecież miały być wspólnie spędzone bo nadal chce mi się ryśkać bo nie chcę rozmawiać sama z panami z telefonii komórkowych, którzy chcą mnie przekonać, że muszę zmienić abonament tu i teraz i natychmiast i już bo okazja jest niepowtarzalna a drugiej takiej nie będę miała i co pani o tym sądzi i jaka jest pani decyzja???? bo głupio samej zasypiać i budzić się bez Ciebie obok bo masz na mnie czekać jak wracać wieczorem z pracy bo fajniej jest z Tobą oglądać głupie filmy niż bez Ciebie bo radzę sobie sama i całkiem nieźle mi to wychodzi, ale przyjemniej jest z Tobą. i czasem łatwiej też.
a dziś było słońce. a Ty jesteś moje Słońce idę się szykować do wyjścia.
Dziwne sny. Już po śniadaniu. Dziś znów czuję będzie dzień czekania, chyba ten gorszy czas przyszedł. Tak w sumie to przez ten ostatni rok nie było aż całego tygodnia, żebyśmy tak mało mówili ze sobą. To bardzo dziwny czas teraz, to zmiana, do której przywykam. Nie wiem, czy przywyknę, na stałe nie chcę na pewno, ale staram się jakoś na nowo czas swój poukładać, w którym mniej Ciebie. Czy odzwyczajam się od Ciebie, pytasz. Nie. Nie potrafię. Nie chcę też. Póki jesteś, nie chcę się odzwyczajać. Tylko się w czasie bez Ciebie odnajduję. Nieprzewidywalność jest najtrudniejsza. I całkiem serio mówiłam - niczego na potem nie chcę odkładać. Co mamy powiedzieć teraz, to teraz trzeba to powiedzieć. "Tak nic nie wiadomo, co nas czeka" s.i.witkiewicz
Wysłałeś mi smsa porannie, co mnie uspokoiło i pozwoliło podrzemać jeszcze chwilę. Potem, gdy przebudziłam się na dobre wysłałam smsa do Ciebie, czekając na odpowiedź zajęłam się zdejmowaniem prania w łazience. Nic nie przyszło. Położyłam się znów, licząc, że poczytam i usnę i przeczekam do Twojej odpowiedzi. Jej brak sprawia, że się denerwuję, że wyobrażam sobie milion opcji, jedna gorsza od drugiej, a tak naprawdę to mam dwie tylko w głowie, którymi żongluję na przemian - straciłeś przytomność czy nie żyjesz. Rozwijam je oczywiście do bardziej szczegółowych - a właściwie same się rozwijają. Mam poczucie czasem, jakbym nie miała żadnej kontroli nad tym, co myślę. Scenariusz z utratą kontroli wiążę się z reanimowaniem Cię, albo że nie możesz oddychać i łapiesz z trudnością powietrze i podają Ci tlen ale to nie pomaga, generalnie trochę panika jak w "Ostrym dyżurze". Scenariusz ze śmiercią jest mniej szczegółowy - za bardzo jednak boję się iść na razie w szczegóły. Generalnie umierasz i dostaję od Twojej siostry smsa z tą ponurą wieścią. Tak -takie to poranne lęki. Uroczo, ha? Ale gdy tak pławiłam się w tych opcjach stwierdziłam, że dość mam tego histerycznego wymyślania. Wstałam, poszłam robić śniadanie a potem kończyłam collage na szafie.
Nie będę dziś smutna bardzo. Może trochę, ale nie bardzo. Postaram się, żeby to był dobry dzień.
Na początek Kochanie przytulam mocno i mam nadzieję, że kiedyś to wszystko sobie przeczytasz.
Dziś masz gorszy dzień, nie pierwszy i nie ostatni pewnie, choć mam nadzieję, że już niedługo i że tych gorszych mniej zostało przed Tobą. I przed nami.
Dzień ponury, szary, deszcz wisi w powietrzu. Poleguję, podrzemuję, podjadam, podpłakuję, podsprzątuję. I czekam i czekam i czekam.
Najtrudniejsze w tym wszystkim jest chyba czekanie. I niewiedza.
Czekanie na poprawę, na telefon, na smsa, na rozmowę, na wyniki, na spotkanie.
Jeśli jest jakieś piekło gdzieś, to myślę sobie, że polega właśnie na czekaniu.
Czekając więc na Ciebie - piszę.
Nie wiem, czy poprawnie gramatycznie, nie wiem czy grafomańsko, nie wiem czy znośnie czy nieznośnie. Ale tak trochę łatwiej przeczekać.