To ile piszę mam wrażenie zależy też od tego, co czytam. Irving nie nastraja do pisania ale pobudza apetyt na czytanie. Pat Conroy zaś rozbudza i jedno i drugie.
Teraz leżę na legowisku, ograniczając ruchy do minimum, kończę Irvinga i smutno mi trochę.
Smutno nie dlatego, że kończę Irvinga, ale dlatego, że drugie wakacje bez Ciebie. Dlatego, że nie rozumiem czemu nie mogę przyjechać, dlatego, że mam poczucie czasu, który pędzi. Im bardziej jestem w domu tym bardziej czuję, jak nieznośnie ucieka, dzień za dniem, rach ciach bum i tydzień czmychnął gdzieś, w ogóle nie wiedzieć kiedy.
Smutno mi bo się boję, że te wakacje znów miną w tym napięciu czekaniowym.
Upalnie. Czuję mokry kark i wilgotne włosy na karku. Pot pod kolanami i w zgięciach łokci. Między piersiami. Spływa. Nie chcę jeść. Chcę tylko sączyć wodę, podjadać czereśnie, skubać pistacje i pojedynczo, jak nitki makaronu, wciągać fasolkę.
Zjem obiad na kolację, może się ochłodzi na tyle.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz